Śpiew towarzyszył mi niemal od zawsze. Chociaż nie zrobiłem kariery solowej, to udało mi się uczestniczyć w kilkunastu poważniejszych konkursach polifonicznych. Swoje pierwsze muzyczne kroki stawiałem w parafialnej scholi o wdzięcznej nazwie "Małe Genezaret", która również miała nie małe osiągnięcia na szczeblu lokalnym. Pamiętam dobrze, że uczciwie uczestniczyłem we wszystkich niedzielnych próbach. Dzięki serdecznym prowadzącym koleżankom pozostałem w scholi, aż 4 lata, czyli do samego jej rozwiązania. Z całą gamą dyplomów i odznaczeń dumnie żegnałem się ze wszystkim, czym do tej pory żyłem. Gdy podrosłem, rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej na wymarzony wtedy instrument - saksofon. Inspiracją do nauki były dla mnie wtedy utwory R. Chonackiego z płyty "Sax & sex". Później przyszedł czas na przeboje solowe m.in. L. Amstronga i F. Sinatry. Niestety zanim doszedłem do "jako takiej" wprawy musiałem katować swoich domowników i sąsiadów niekończącą się ilością gam, trójdźwięków, pochodów, a przede wszystkim ćwiczeniem dłuuuuugich dźwięków. Saksofon towarzyszył mi przez wiele lat na przeróżnych imprezach, od rodzinnych przez festiwalowe i na okolicznościowych skończywszy. Niestety ostatnie -naście miesięcy przeleżał na szafie, aż w końcu znalazł nowego właściciela. Niemniej całkiem możliwe, że w niedługim czasie nowe dźwięki zabrzmią na Brzozowej. A wracając do polifonii, to pełne skrzydła mogłem rozwinąć dopiero na studiach, kiedy przypadek sprawił, że trafiłem do wyraźnie profesjonalnego chóru, który do dzisiaj jest dla mnie niezapomnianą przygodą życia. Ludzie, z którymi zaczynałem ten piękny czas byli dla mnie jak rodzina. Razem spędzaliśmy mnóstwo czasu na próbach, koncertach i wyjazdach. Także wolne chwile spędzaliśmy wspólnie. Dzięki nim pokochałem muzykę klasyczną i (wreszcie) nauczyłem się śpiewać. Na długo utkwi mi w pamięci gwieździsta noc i śpiew "Veni Sancte" M. Bembino na plażowej scenie Santa Severa. Do dziś, kiedy o tym wspominam ciarki przechodzą mi po plecach...
W jakiś czas po odejściu z chóru pasją gry na fortepianie zaraził mnie mój kolega z II-ich tenorów. Dlatego, na uniwersytecie przez wiele kolejnych miesięcy, dzięki uprzejmości dyrygenta i pomocy pewnego studenta muzykologii mogłem ćwiczyć grę na tym wspaniałym instrumencie. Tak więc dzisiaj prawie z pamięci potrafię zagrać "Sonatę księżycową" F. Szopena.


