"Szczęście nie rodzi się ani wewnątrz, ani na zewnątrz człowieka. Ono jest owocem miłości, która objawia się i realizuje poprzez spotkania.
Oczywiście chodzi tu o nie jakiekolwiek spotkania, lecz wyłącznie o takie sposoby spotykania się z samym sobą i z drugim człowiekiem,
w których obecny jest Bóg"

M. Dziewiecki, "Dorastanie do świętości"

poniedziałek, 30 lipca 2012

szczęście chce się dzielić



      Dziś, wczesnym popołudniem wybrałem się kilka kilometrów za rodzinne miasto, aby porozmyślać nieco czym szczęście jest dla mnie. Pierwszym punktem mojej wycieczki była wizyta w "kameralnym" kościółku niedaleko rezerwatu roztocza. Akurat trwała Eucharystia więc ochoczo dołączyłem do obecnej na niej grupki, zapewne mieszkańców miejscowości do której się udałem. Przez nikogo niezauważony uklęknąłem w ostatnim rzędzie i zatopiłem twarz w dłoniach.   Po chwili włączyłem się do wspólnej modlitwy i od razu moją uwagę zwrócił obraz św. Nepomucena. Ten niezwykle   szlachetny kapłan z XIV w.  poświęcił swoje życie w obronie tajemnicy spowiedzi, dlatego dzisiaj czczony jest jako patron wszystkich spowiedników i penitentów. Postawił wierność wyżej niż własne życie i właśnie przez taki akt ów święty dał wyraz swojego bezgranicznego oddania Bogu. Niesprawiedliwa kara, która wtedy żyjącym wydawała się przekleństwem otworzyła mu bramy Nieba. Jego historia, to tylko jeden z nielicznych dowodów na to, że nie ma łatwego szczęścia a ten mit chętnie wykorzystują dziś Ci, którym nie zależy na nas, ale na naszych portfelach. Ktoś, kto myli doraźną przyjemność ze szczęściem bardzo szybko przekonuje się o tym, że jest to iluzja, w której prawdziwe jest tylko cierpienie. Szczęście ma bowiem wiele twarzy i każda z nich jest piękna, jeśli tylko jest wyrazem prawdziwej radości z życia.   Największe wrażenie zrobiła na mnie ufna i szczera do bólu modlitwa tych prostych ludzi. Posunięci w latach, staruszkowie odchodząc od stołu Pańskiego wyglądali naprawdę pięknie. Wpatrując się w te pocięte zmarszczkami rumiane i pogodne twarze  z oczu mogłem wyczytać jedno: "Jezu Ty nam wystarczasz". Po skończonej modlitwie, Ci do niedawna obcy ludzie stali mi się teraz jakoś dziwnie bliscy. Niemal każdy przywitał mnie uśmiechem, albo przynajmniej ciepłym spojrzeniem, a ja czułem że  Oni swoją modlitwą ogarnęli wszystkie sprawy, które ze sobą tam przyniosłem. Nie miałem cienia wątpliwości, że jutro tu wrócą i nic się nie zmieni. Wydało mi się wtedy takie niesamowite, że ja  lata studiów nie ogarnąłem tego, czym Ci "święci" dziadkowie żyli już od wielu lat. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz